Wczoraj, siódmego stycznia, środa.

Przed wyjściem z domu stwierdziłam, że ubiorę wełniane skarpetki. Bo w zwykłych, nawet grubszych jest mi zmino w stopy.

Jak pomyślałam, tak zrobiłam.

Przy tej okazji musiałam zmienić obuwie na większe, do którego moja stopa w grubej skarpecie się zmieści.

Te buty jakiś czas temu wyprałam. Przed praniem wyjęłam z nich sznurówki.

Sznurówki, leżały tam, gdzie je odłożyłam.

Zamiast umyć naczynia, zabrałam się za przeplatanie sznurówek.

Z szafy wyjęłam rekawiczki i szalik.

Szalik zakreciłam dookoła szyi. Rękawiczki wrzuciłam do torby i wszłam z domu.

Rękawiczek nie zdążyłam ubrać, bo całą drogę w ręce miałam komórkę.

Do Niny doszłam chwilę po ósmej. Wyjątkowo późno, ale w zwiazku z zaoferowaną przez Zieloną Skarpetkę pomocą, mogłam później rozpocząć pracę.

Nina zdążyła już wysłać do mnie smsa, w którym życzyła mi szczęśliwego nowego roku i pytała, czy wszystko jest ok.

Była w domu.

Wręczyłam jej dużą, białą świecę o urzekającym zapachu kwiatów.


Mam nadzieję, że jej zapach sprawi jej przyjemność.

Gdy wyszłam od Niny, Zielona Sakrpetka już na mnie czekała.

Poprosiłam ją, żebyśmy stanęły pod Rewe, bo chciałam kupić hamburgery z waygu, które były w ofercie.

Były ostatnie cztery opakowania. Kupiłam trzy. Do tego złapałam jakąś wypasioną fetę i poszłam do kasy.

W tym czasie Zielona Sakrpetka na chwilę weszła do dm.

Poprosiłam ją by w ruskim kupiła dla mnie mandarynki, kolendrę i białą cebulę.

- Chętnie.

U Konstancji byłam punktualnie.

Jej nie było. Może w końcu wróciła do pracy.

Ale był jej mąż, który wyszedł po jakieś pół godziny później.

Widzę, że Konstancja kontynuuje porządki. Odgraca chałupę. :)

Trzy piętnaście i na autobus. Zielona Skarpetka i tu oferowała, że mnie zawiezie do trzeciej pracy.

Ale uznałam, że co za dużo, to niezdrowo, że nie chcę, by cały dzień ustawiała pode mnie i mnie woziła.

Dwa razy, to już jest bardzo dużo.

Pomiędzy drugą i trzecią pracą miałam chwilę czasu.

Weszłam do Edeki po herbatę mango z imbirem. Ale znowu nie było ani jednego opakowania.

Kupiłam główkę czosnku i pół kilograma borówki amerykańskiej, która w promocji kosztowała tylko 2,99 euro. Po podwyżkach takie opakowanie kosztuje prawie sześć euro...

I utknęłam na kasie...

W poszukiwaniu herbaty weszłam do drogerii Muller. Drogeria to mało powiedziane... Mają tam niemalże wszystko. Ostatnim razem tam udało mi się kupić tę herbatę.

I tym razem się niezawiodłam!

Złapałam aż sześć opakowań. Trzy z myślą o Zielonej Skarpetce i poleciałam do kasy.

Przede mną jedna klientka, po chwili okazuje się, pracownica na urlopie... Ale nie dała mi pierwszeństwa, choć miałam TYLKO sześć identycznych herbat... Ona miała cały kosz rzeczy różnych, w tym mnóstwo przecenionych batoników...

Nie było już czasu na jedzenie...

Wpadłam tylko do Rossmanna i kupiłam paczkę chipsów.

Żeby cokolwiek wrzucić do żołądka i do autobusu do Karlotty.

MASAKRYCZNIE bolą mnie kolana.

Wstawanie z kucków, czy nawet z krzesła oraz schodzenie po schodach sprawia mi duży ból.

Zielona Skarpetka czeka na mnie pod domem.

Jeszcze Penny.

Potrzebuję mleko, śmietanę, sałatę.

Biorę z lodówki opakowanie drobiowej wątróbki.

Wetka powiedziała, że wyniki są dobre, ale ja widzę anemię.

Biorę też bukiecik róż, za niecałe dwa euro. 

Za wątróbkę i kwiaty płaci Zielona Skarpetka, to dla kotków. Tych które odeszły i tych, które są.

Z Penny wychodzę z cieżką torbą.

Pruszy śnieg. Jutro ma być dużo śniegu i ma być ślisko...

Kiepsko. Bo jutro jadę do Christiny.

Jedziey do domu.

Na klatce tuż przy drzwiach wejściowych stoją dwa duże kartony.

W nich w sumie cztery regały. Pakowane po dwa. Zielona Skarpetka nie może podnieść kartonu.

Ja też nie daję rady.

MASAKRA. Jakie pudło jest ciężkie.

Wspólnymi siłami wtargałyśmy jeden karton na górę. Stękam po drodze z wysiłku.

Ściągam kurtkę, która ogranicza moje ruchy i czapkę, która ogranicza widoczność i schodzę po drugi karton.

Zielona Skarpetka jest już w połowie drogi. Znalazła metodę posuwistą na przetrnasportowanie czegoś, czego nie może unieść.

Wcześniej, gdy przywiozła do mojego domu zakupy z Rewe, wzięła cztery opakowania Asparginianu.

Zamówiłam w sumie dziesięć. Koszt jedgo opakowania wyniósł niecałe dwa euro. Dokładnie 1,89 euro.

Postanowiłam dać jej te cztery opakowania. Za to dzisiejsze wożenie. Paliwo przecież kosztuje.

Daję jej też jeden komplet materiałów do przeprowadzenia testu na obecność giardii.

W końcu, to ja przywlokłam koty razem z lambliami.

Rozliczam resztę zakupów.

Zielona Skarpetka chciała tylko dwie herbatki. Też dobrze. Będzie u mnie bywała i u mnie herbatkę będzie piła. A imbir i mango są po prostu idealne na tę porę roku.

Króciuteńko obgotowuję wątróbkę i daję kotkom.

SMAKUJE!

Jestem wykończona. 

Cały dzień na nogach.

Wyszłam około 7:40, wróciłam po dwudziestej...

Herbatka. Końcówka z dziesieciu kilogramów pomarańczy BIO! Pyszne są. Trochę borówek amerykańskich. Niedojrzały banan.

Dziś doszła też malutka paczuszka z chrupkami zawierającymi roślinne wyciągi zabijające lamblie.

Poziomka po raz kolejny pokazuje, że jest wszystkożerna.

Boja z nic nie chcę zjeść chrupka.

A ja naprawdę nie mam już siły. 

Ona ani po dobroci, ani na siłę.

Nie poddaję się. Kruszę chrupa. I wciskam jego kawałki w kawałeczki dodatkowo obgotowanego kawałeczka wątróbki.

JE!

UFF!

******

Na forexie wiszę jeszcze. Ale sytuacja odmieniła się na moją korzyść. Więc może lada moment uda mi się wyplątać z kłopotów.

Dlaczego ciągle zapędzam siebie w kozi róg i łamię zasady, które zabezpieczają mi DUPĘ?

BO CO?

Bo chcę szybciej?

Przecież wiem, że to tak nie działa!!!

Że nie ma SZYBCIEJ, że małą łyżeczką trzeba jeść.

******

Dobrego, zdrowego dnia. :)

Komentarze

Popularne posty