Sobota, dziesiątego stycznia.
Kilka dni wcześniej Mirko zapytał, czy możemy pominąć TO sprzątanie.
Nie wiem, co by odpowiedział, gdybym napisała, że NIE. :D
Przyjęłam to pytanie z ulgą.
Uzgodniłam z Christiną, że do biura przyjadę w sobotę.
I tym sposobem zyskałam wolną niedzielę.
Zielona Skarpetka rano była umówiona na kontrolną wizytę u lekarki która zrobiła jej fenolowy peeling.
Ja do pracy zamierzałam dotrzeć parę minut po jedenastej i cztery godziny później Zielona Skarpetka miała mnie z pracy odebrać.
W pracy zastałam właściciela warszatu, męża Christiny.
Potem natknęłam się na kogoś, kto go szukał.
Potem przez jakiś czas byłam sama.
Potem przyjechał jeszcze jakiś mechanik...
A potem, właściciel z synem.
Działo się.
Ja jednak wolę, jak jestem sama.
Wniosek z tego taki, że w sobotę i owszem mogę do biura pojechać, ale raczej dobrze po południu, a nie w okolicy godziny jedenastej.
Zresztą inaczej i tak nie dam rady, poza jakimiś wyjątkowymi sytuacjami.
Po pierszej sobotniej pracy, najwcześniej mogę dojechać... na siedemnastą...
No niestety w weekendy, jest jeden autobus na dwie godziny...
Ale, jak poświęcę sobotę, to zyskam WOLNĄ niedzielę.
Zielona Skarpetka przyjechała chwilę wcześniej.
Padał mokry śnieg.
Wybierałyśmy się do TK Maxx... Ale przy takiej pogodzie, ja wolałam jechać do domu...
Zakup oliwnych desek może poczekać.
Nie miałam ochoty na spacery w takiej pogodzie.
Ale Zielona Skarpetka chciała oddać spodnie.
- No to ok. Jedźmy.
Wysadziła mnie w pobliżu sklepu. Sama pojechała odstawić samochód na parking.
Weszłam na piętro.
Desek było dużo. Nawet bardzo dużo. Ale ani JEDNEJ oliwnej.
Pokręciłam się bez skłądu i ładu.
Wzięłam mini kokardki do naklejania na prezenty. Wyprzedaż poświąteczna.
I też z wyprzedaży, zapachową świecę.
Zielona Sakrpetka wzięła lampę, która w moim odczuciu trąci kiczem...
Ale jej się podoba.
Czasami wątpię w jej dobry gust.
W sklepie znowu jest niemiła.
Idziemy na parking.
Mówi, że zaparkowała na dole, ale wjeżdżamy windą na drugą kondygnację...
Zamarzają mi dłonie. Nie mam siatki i zakupy trzymam po prostu w rękach.
Biega po tym drugim piętrze i nie może znaleźć samachodu.
Ona zejdzie na dół i wejdzie na parking tak jak na niego wjechała.
Spoko.
Podążam za nią.
Stanęłam tuż przy wyjeździe i czuję jak dłonie mi zamarzają.
Nadjeżdża po chwili.
Wsiadam.
Nie chce mi się z nią rozmawiać, po jej występach w sklepie.
W głowie wyświetla mi się film, z naszego życia, a może powinanm napisać żyć, pod jej dachem i robi mi się niedobrze. Z ogromną siłą wracją wszystkie negatywne uczucia.
Zatrzymuje się pod moim domem.
Wysiadam bez słowa.
Sięgam do bagażnika po moją torbę.
Siedzi w samochodzie. Otworzyła okno po stronie pasażera.
Mam ochotę po prostu odejść bez słowa.
Ale przyzwoitość na to mi nie pozwala.
- Dzięki - rzucam przez ramię i wchodzę do budynku, który teraz jest moim DOMEM.
Z prawdziwą ulgą zamykam za sobą drzwi mojego mieszkania.
JESTEM U SIEBIE.
POZA.
PONAD.
I dziękuję Bogu za ten lodowaty prysznic.
Jak ja w ogóle mogłam rozważać ponowne wspólne zamieszkanie?!
NO JAK?!
Przecież ja już to przerobiłam!
Gdy tylko wróciłam do jej mieszkania, ona wróciła do siebie i moje piekło zaczęło się od nowa.
Nie tak dawno, szukając czegoś w sieci wpadłam na książkę,
I to pytanie WHY jakoś tak we mnie zapadło.
Zadałam je sobie, gdy upierałam się przy powołaniu do życia Blogvity. Pomysł na razie jest ZAWIESZONY.
Brakuje mi jeszcze kilka kluczowych puzli do kompletu.
I to DLACZEGO? wraca do mnie w kluczowych momentach.
Gdy zastanawiam się nad czymś, czy coś zrobić, czy nie.
No i zadałam sobie to pytanie:
- NO DLACZEGO TY chcesz z nią znowu mieszkać?!
- Radzisz sobie finasowo sama?!
Krótko mówiąc, wybiłam sobie ten pomysł z głowy.
Jestem NIENORMALNA, że w ogóle brałam tę opcję pod uwgę.
Jestem taka szczęśliwa, że mam to mieszkanie i mam swój ŚWIĘTY SPOKÓJ.
My jesteśmy tak różne, że nie możemy mieszkać razem.
Rozmawiając później z Kasią uświadomiłam sobie, ża ja Nowego Roku jeszcze nie przywitałam.
Najpierw myślałam, że w domu nie mam żadnego szampana. Byłam już w łożku i nie miałam ochoty ubierać się i iść do piwnicy.
Ale potem przypomniała mi się flaszeczka, którą dostałam od Claudii w prezencie.
Tylko szkoda było mi ją otworzyć... Całej nie chciałam sama wypić. Miałam ochotę na jeden kieliszek.
Nie chciałam reszty zmarnować. Nie miałam czym jej zamknąć.
I tak stoi...
Zadowoliłam się likierem, który dostałam od Zielonej Skarpetki.
Kiepsko, że nie mam z kim napić się szampana...
I tym zdaniem miałam zakończyć ten post, ale przypomniało mi się, co wywinęłąm w sobotni poranek...
Weszłam na stronę CrowdFarming, gdzie kupiłam już mango, pomarańcze i guajawę. W koszyczku czekała paczka z dwoma rodzajmi cebuli. Dojrzałam, żeby dokonać tego zakupu, ale zanim to zrobiłam, pokręciłam się i poprzeglądałam oferty.
- O SZAMPAN!
I zamiast wrzucić go do ulubionych, wrzuciłam go do koszyczka...
A potem nie wiem, gdzie oczy miałam, zamykając zamówienie i zamówiłam cebulę z szampanem...
:D
Szampan BIO, jak wszystko na tej stronie.
To niech będzie.
Taką butelkę można obalić w pojedynkę. :D
Komentarze
Prześlij komentarz