Trzech Króli, czyli wtorek, szóstego stycznia.

Właśnie ogarnęłam swoją finasową rzeczywistość.

A właściwie, pieniężną rzeczywistość, bo w rachunku nie uwzględniłam dóbr materialnych, jakie posiadam. Dużo wartościowych rzeczy nie mam. Ale kilka by się znalazło.

W wartościach pieniężnych uwzględniając wszystko, co mam w akcjach i bezpiecznym funduszu oraz uwzględniając wszystkie moje długi moja wartoś netto jest dodatnia. :)

Nie jest to duży plus. Ale jest PLUS!

Co dla osoby, która połowę życia przeżyła pod kreską i to grubo pod kreską, jest może nie wybitnym, ale jednak osiągnięciem.


******


O dniu dzisiejszym nie mam jeszcze wiele do napisania, bo dla mnie ten dzień dopiero się zaczyna.

Jestem przy drugiej, porannej kawie.

Za oknem ktoś odśnieża chodnik.

Napadało w nocy.

Żebym to ja wiedziała, w którym kartonie są moje ZIMOWE buty...

Dziś ze względu na Święto mam dzień wolny. Christina poprosiła o inny dzień i dostała.

Z grafiku wypadła Karlotta.

Life.

Dziś zamierzam głównie odpoczywać.

Ale mam nadzieję, że po południu nabiorę ochoty na złożenia regałów i uporządkowanie tego maciupkiego pomieszczenia do przechowywania. Bo póki co, wszystko leży na kupie, bo nie ma tam żadnych półek, ani regałów.

Już sobie wyobrażam, jak cudnie będzie z regałami. :)

Gdy wszystko znajdzie swoje miejsce.

Zamówiłam kolejne dwa regały do kuchni i pokombinuję, jak je ładnie zaaranżować, to znaczy, jak zamaskować te metalowe elementy. Zyskam bardzo dużo miejsca do przechowywania.

Jasne, że w szafce byłoby ładniej. Wszystko byłoby schowane. 

Ale w obecnej chwili nie chcę inwestować w porządne meble. Musiałabym kupować je na kredyt.

A ja w tej chwili nie wiem, czy za pół roku znowu nie będę się przeprowadzać...

Prawdę mówiąc, na tę chwilę, nie mam takiej ochoty, ani nawet potrzeby.

Dobrze mi jest z tą ciszą i spokojem, jakie wyrwałam nadludzkim wysiłkiem w 2025 roku.

Bardzo dobrze.


******


Noc z niedzieli na poniedziałek zarwałam. 

Za grubo zapakowałam się w forexowe pozycje i bardzo długo nie mogłam zasnąć.

W rezultacie spałam jakieś półtorej godziny...


W niedzielę Zielona Skarpetka zameldowała, że wraca w poniedziałek...

A ja przejęłam się tym tak, jak w czasie, gdy mieszkałyśmy razem i zabrałam się za sprzątanie.

Co prawda nie tak grunowne, jak wtedy, gdy mieszkałam u niej, ale jednak.

Doprowadziłam kuchnię do ładu.

Od razu lżej się tam oddycha.

Wymopowałam podłgi.

Spakowałam bieliznę do zwrotu.

Wypiłam wodę z dwiema kroplami 7% Płynu Lugola. Na wszelki wypadek, bo wczoraj zmarzłam okrutnie

I spóźniona wyszłam do pracy.

Spóźniona w stosunku do tego, o której wyjść do pracy chciałam.

A nie spóźniona obiektywnie, bo ja mam elastyczne godziny pracy.

Wpadłam na pocztę. Nadałam zwrot i poszłam do Annyleny.

ZIMNO!

Kawałek mojej drogi jest zaśnieżony i oblodzony, ale można przejść.

W domu przyjemne ciepełko.

Potem Rebeka.

Męczę się w pracy. Moje ciało BOLI.

Sprawdzam komórkę. Mniej więcej godzinę wcześniej, Zielona Skarpetka nagrała wiadomość, że wróciła od siostry i pytała, czy potrzebuję coś ze sklepu.

Złości mnie ta wiadomość.

Bo jak jestem w pracy, nie noszę telefonu przy dupie. Nie mogę natychmiast odebrać wiadomości.

Ona o tym wie.

A napisać/nagrać, że przydałoby mi się to, czy tamto, po ponad godzinie...

Nie chcę jej specjalnie fatygować.

Na szczęście wszystko mam. No prawie wszystko. Kolendry mi brakuje i świeżej sałaty, ale to są drobiazgi. Przeżyję bez nich.

Odpisuję,

- Nie. Dziękuję.

W końcu, praca wykonana. 

W końcu, mogę iść do domu.

Rebeka nie przygotowała dla mnie ani aneksu do umowy, ani nowej umowy...

A zmieniamy kluczowe kwestie. Zmieniamy ilość godzin pracy i stawkę godzinową.

Zobaczymy, jak rozliczą się ze mną na koniec miesiaca.

Uzgodnienia mam na piśmie w formie widomości tekstowej na whatsapp.

Wracam do domu.

Jestem zmęczona.

Odgrzewam dwa ostatnie naleśniki z twarogiem, bo nie chce mi się już nic robić.

Zjadam. 

Piszę krótką wiadmość do Steffi, że dziś nie przyjdę. Miałam przyjść, zapłacić w kasie rachunek za dwie ostatnie fizjoterapie. 

Pieniądze mam.

Ale nie wiem, czy kończyć, czy kontynuować, bo poprawy żadnej nie widzę, a Boja strasznie spina się na każdej jednej sesji... Chcę ten temat z nią skonsultować. Ale nie mam już na to siły.

Zanim dojdę do łóżka wyczuwam coś językiem na policzku.

- ?!

Sprawdzam.

Opryszczkę od środka mi wywaliło! W sumie nie pierwszy raz... Pierwszy raz w tym miejscu.

Wyglada to paskudnie. Dezynfekuję wodą utlenioną.

Nie dziwi mnie to ani trochę, po tym jak zmarzłam w niedzielę i po niemalże bezsennej nocy.

Pakuję się do łóżka.

Wcześnie zasypiam. Nic dziwnego.

Na forexie zaksiegowałam tylko 20 euro.

I zostaję zapakowana po kokoardy w pozycje na złocie i Nasdaqu. Na minusach.

Ale tej nocy śpię dobrze.


******


Dobrego, zdrowego dnia.



Komentarze

  1. My się chyba przeprowadzałyśmy w podobnym czasie, prawda? Ja bym oszalała, mieszkając tyle czasu na kartonach, serio.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumiem Cię. Tylko ja mam zupełnie inny charakter pracy, ograniczoną ilość sił fizycznych i nogi które sprawiają mi dużo bólu. Po prostu brakuje mi sił i daję czas nogom na odpoczynek.

      Usuń
    2. Tak, zdaję sobie sprawę, że mamy różne prace, styl życia itd. Ale myślę, bazują na Twoich wypowiedziach o domach swoich klientów, że taka prowizorka musi Cię strasznie męczyć.

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty