Wtorek, trzynastego stycznia, jeszcze raz. :)

 W poniedziałkowy późny wieczór, stwierdziłam, że pora przywitać Nowy Rok.

Zawsze strasznie się bałam otwierania szampana. 

Nikt, nigdy mi nie wytłumaczył, jak to powinnam zrobić. Niemalże zawsze otwierał ktoś inny.

Aż raz, drugi, musiałam pradzić sobie sama.

I od tego czasu do otwierania butelek z szampanem podchodzę już bez lęku. :)

Buteleczkę pięknie otworzyłam.

Wypełniłam różowym perlistym płynem kieliszek (te kieliszki już znalazłam) i razem z talerzem z moimi ulubionymi serami pleśniowymi i oliwkami powędrowałam do łóżka.

Sery i oliwki zjadłam. Miałam ochotę na więcej szampana, poszłam więc po więcej.

Wypiłam drugi kieliszek. Zdążyłam jeszcze wynieść go do kuchni, żeby przypadkiem za sprawą, jednej z kotek, nie wylądował na podłodze i zasnęłam.

Obudziłam się dopiero rano, z samopoczuciem, jakbym sama obaliła całą butelkę.

O NIE. :/

Poszłam do kuchni po szklankę wody, bo w głowę miałam ogromną i w ustach Saharę.

Jak uzupełniłam wodę, zrobiło mi się odrobinę lepiej.

Kawa pierwsza, kawa druga.

Połapałam się, że TouchPad przestał mi działać, bo któraz z nich, podejrzewam Poziomkę, znaczy mój laptop. Dziękować Bogu nie wysikała się na niego, tylko zrosiła moczem i padło głownie na TouchPad i obudowę...

Koci mocz, gdy wysycha jest niesamowicie lepki...

Także prawdopodobnie, bez fachowego wyczyszczenia się nie obędzie...

Na razie jestem nadal bez kursorka na monitorze...

W tej sytuacji jeszcze bardziej cieszy mnie dotykowy ekran.

Posiedziałam sobie w łożku.

Sonja życzyła zdrowia i pytała, czy nie mogłabym w inny dzień.

Odpisałam dopiero wieczorem, że niestety nie, że jestem chora i w tym tygodniu nie pracuję.

Zaraz potem załatwiłam sobie wolne u Niny.

A Nina załatwiła mi wolne w kolejną środę. Pogrzeb kogoś z rodziny.

Próbowała przekładać, ale ja w tę kolejną środę czekam na paczkę z mięsem... I zależy mi na tym by jak najwsześniej być w domu. Wyszło tak, że tego dnia z domu wychodzić nie muszę. :)

Około jedenastej się ogarnęłam. Poszłam wstawić pralkę. Bo poza laptopem zasikany miałam też szlafrok, który zostawiłam w nogach łóżka.

A zaraz potem wywlokłam wszystko z pomieszczenia do przechowywania i wypakowałam wszystkie elementy potrzebne do zbudowania dwóch zacnych regałów.

I czarna rozpacz mnie ogarnęła, bo stwierdziłam, że nie mam wystarczającej siły, by połaczyć elementy.

W przedpokoju burdel, elementy regałów wywleczone z kartonu, a ja nie mam siły zbudować regału.

Ale się nie poddałam.

Nie jest on złożony, tak jak powinien, ale mam nadzieję, że jest złożony wystarczająco i się nie rozpadnie.

Powinnam niektóre elementy dobijać młotkiem, którego nie posiadam.

Walczyłam tłuczkiem do mięsa, który nie za bardzo się nadawał, bo drewniany i bo brakuje mu tego trójlkątnego końca.


Jestem z siebie taka DUMNA! 😁

Potem zutylizowałam kilka kartonów i zaczęłam zapełniać półki.


Przy drugiej ściane postawię mniejszy regał. 

Na tym drugim regale poustawiam rzeczy kuchenne rzadko używane oraz przetwory. Puszki, słoiki itp.

Powinna się tam jeszcze zmieścić deska do prasowania, suszarka i mopujący odkurzacz.

Jaka ja jestem szczęśliwa, że mam ten regał i mogę zacząć wszystko porządkować.

Dziś w planach mam postawienie minimum jednego regału.

Najlepiej by było gdybym postawiła dwa.

I zostaną mi kolejne trzy, które będę mogła zbudować i zostawić w piwnicy.

Jak będą gotowe, będę mogła zabrać się za kartony tam zgromadzone.

Niby niewielka rzecz, a jednak krok milowy do przodu.

Przyjechał kurier GLS. I pomimo instrukcji pozostawienia paczki pod moim drzwiami na pierwszym pietrze, porzucił ją na parterze przy drzwiach wejściowych.

To samo zrobił kolejny kurier, który przywiózł dziesieć kilogramów biologicznych pomarańczy.

Ale chyba siły mi wracają, bo bez problemu wniosłam obie paczki na górę.

Kotki kontynuowały niszczenie wycieraczki.

Schowałam ją, zanim zniszczą ją do końca, bo jednak chcę by miały w kuchni ciepłą podkłądkę pod dupki.

Z podawaniem leków dobrze mi poszło. 

Widzę, że Boja gorzej chodzi... Będę chciała wrócić do fizjoterapii, ale chyba już po kursie Kudłate Rozmówki, czyli za półtorej miesiąca.

Chyba, że jakoś uda się nam umwiać na piątki.

Będę musiała skontaktować się ze Steffi.

Ale najpierw muszę porządek na przedpokoju zrobić. 

******

Usmażyłam mielone z kolendrą, czosnkiem i cebulą. 

Przepyszne.

A potem zmęczyłam kolejne dwie guawy/gujawy, czy jak je tam zwał.

Więcej w życiu tych owców nie kupię.

Dobrego, zdrowego dnia. :)

Komentarze

Popularne posty