Piątek, dziewiętnastego grudnia.

 Przed wyjściem z domu przygotowałam dwa pudełka Śmietankowego Ptasiego Mleczka.

Przygotowałam... Przewiązałam każde z nich szeroką, sztywną złotą wstążką.

W planach Sandra, potem Nora.

Sandra składa mi życzenia i wręcza prezent. 

I zostaję sama. Jej męża nie ma. 

I z godziny na godzinę czuję się gorzej...

GRYPA?!

Tylko nie to!

Rezygnuję z pracy u Nory. Lepiej dla mnie i dla nich. Mogłabym się stać potencjalnym źródłem choroby. A to nikomu na Święta nie jest potrzebne.

Wrcam do domu.

Szybciutko ogarniam, co konieczne. Bo za chwilę przyjedzie Zielona Sakrpetka.

Jedziemy na przedświąteczne zakupy. I po nich Zielona Skarpetka ma zabieg. Chce głęboko zregenerować pomarszczoną dookoła ust skórę.

Fenol.

A właściwie, jak potem się dowiem, fenol z domieszką jakiegoś oleju.

Zabieg się opóźnia. W końcu ktoś po nią przychodzi.

Czekam.

Pojawia się. Wygląda niemalże normalnie. Tylko tam, gdzie działał fenol z olejem skóra jest zauważalnie jaśniejsza.

A ja myślałam, że Zielona Skarpetka wyjdzie z gabinetu oklejona, albo purpurowa.

Ale nic z tych rzeczy.

Dostała głupiego Jasia i podczas zabiegu była półprzytomna.

Trochę szczypało podczas zabiegu. Gdy wyszła powiedziała, że właściwie nic nie czuje.

Że jutro skóra zrobi się szara, pomarszczy się jeszcze bardziej i spuchnie.




Już chciałam zostawić obie lampki, pomimo pewnych defektów w wyglądzie.

PIIIIIP!

Ogólnie tu jest cicho. Ale gdy sąsiedzi, którzy mieszkają nade mną idą przez klatkę...

Nie ogarniam!

Jak można tak tupać, tak walić, tak wrzeszczeć! 

Naprawdę jakby stado diabłów przewalało się po schodach!

Odpoczywam.

Oczy mi się zamknęły.

Obudził mnie ten hałas. Teraz, znowu przemarsz diabłów...

Wracając do lampek, chciałam je zatrzymać. 

Podląłczyłam do prądu, żeby naładować, bo się rozładowały.

I co?

I nic!

Nie można nałdować baterii. Nie można wydobyć z nich światła.

W tej sytuacji nie mam wyjścia.

Wracają w poniedziałek do sklepu.

Szkoda, bo bardzo mi się podobają...

Komentarze

Popularne posty