W poniedziałek, dwudziestego dzięwiątego grudnia się działo...
Rano Zielona Skarpetka pojechała na kontrolę po pilungu fenolowym.
Wstałam gdzieś tam około siódmej.
Wystawiłam faktury.
Poustawiałam najbliższe prace.
Dla Karlotty zabrakło miejsca.
No niestety, w takich sytuacjachm gdy roboczych dni w tygodniu jest mniej, pierwszenstwo mają klienci,
których lubię, z którymi mam dobre relacje. Dobre, nie znaczy bliskie. :)
Potem przygotowałam rzeczy do oddania w TK Maxx.
Przyjechała Zielona Skarpetka już po kontroli. Wszystko jest ok. I pojechałyśmy do TK Maxx.
ZIMNO!
Odstałam swoje w kolejce. Pani przyjęła zwrotów na ponad 70 euro i poinformowała mnie, że pieniądze
zostaną zwrócone na konto PayPal, bo tak zapłaciłam za zakupy.
Ok.
Skoro już byłyśmy w TK Maxx, to pokręciłyśmy się po sklepie.
Wymyśliłam sobie, że skoro Nina nie chce nowej szkatułki, to kupię dla niej zapachową świecę.
Uwielbia i pali namiętnie.
No i wybrałam trzy duże świece. Każda pieknie pachnie... :D
Nie wiem teraz jak mam wybrać z nich tę dla Niny.
Kupiłam też wąską deseczkę z drzewa oliwnego.
Sonia w kuchni miała powieszone na ścianie cztery różnej wielkości zabudowane półki.
To znaczy takie prostokąty. Góra, dół i ścianki.
Powiesiłam dwie na ich miejsce. Trzecią tzreba naprawić, bo miejsce gdzie wchodzi hak, wyłazi...
Ale gdy widzę tylko te dwa prostokąty, to mnie odrzuca. Nie dość, że meble mam beznadziejne, to jeszcze ten szajs na ścianie.
Gdy zobaczyłam tę deską oliwną od razu zobaczyłam ją na ścianie w formie półeczki.
Po powrocie do domu, okazało się, że długość jest IDEALNA!
Dwa sznury po obu stronach i zawiśnie na hakach!
Będę miała coś ładnego w kuchni!
I to samo zrobię z pozostałymi dwoma prostokątami. Wymienię je na deski oliwne.
Kilka minut po naszym przyjeździe przyszła Steffi.
Zaczął pruszyć śnieg.
Boja nadal okrutnie się spina.
Zawieszamy fizjo, bo gdy kot, tak bardzo się spina, to no nie w tą stronę chcemy iść...
Po siedmiu sesjach nie widzę poprawy.
Herbatka, mandarynki z ruskiego. Przepyszne!
Godzinę później, pakuję Boję do transportera i w drogę do kliniki.
Boja wymiotuje, zanim wsiadłyśmy do samochodu.
Decyduję, że jedziemy tak jak jest. Podkład zmienimy w klinice.
Dużo nie zwymiotowała. Choć podejmując decyzję, nie widziałam, ile zwróciła, ale uznałam, że mamy za mało czasu, by wracać do domu...
W klinice chyba ktoś żegna się z ukochanym psem.
Od razu mam przed oczami ostatnią wizytę w klinice z naszymi ukochanymi kotami.
Wizyta się nam opóźniła.
Nie wiem, ile. Nie miałam przy sobie komórki.
Zielona Skarpetka też nie miała.
Piesio czasmi żałośnie piszczał.
Gdy wychodziłyśmy obok dziewczyny, która była z pieskiem, pojawił się jej ojciec, na którego czekała.
Pochylony nad nim.
Myślę, że się żegnał.
USG wyszło bardzo dobre. Wetka właściwie nie miała uwag.
Badanie było kolejnym stresem dla Boi.
Wczoraj udało mi się pobrać próbkę kupy, zanim Boja ją zakopała.
Przekazuję ją do badania.
I prosimy o komplekoswe badania krwi.
Dostałam rachunek na 413,26 euro.
USG już nie kosztuje 80 euro. Netto kosztuje 107,55 plus 19% vatu...
To jest dla mnie najohydniejszy podatek, bo żerujący na bólu i chorobie. Na diagnostyce, której nie zrobi wiele osób, ze względu na cenę. Bo ich najzwyczajniej w świecie na to nie stać.
Końcowy rachunek bez vatu, 347,28 euro.
Nadal nie jest to mało, ale jednak 65,98 euro mniej. To dużo.
Wracamy do domu.
Wyniki mają być za dwa, trzy dni.
Czyli albo 31 grudnia, albo 02 stycznia, dowiemy się, co jest nie tak. Albo i się nie dowiemy...
Ile razy robiłyśmy badania i nic z nich nie wynikało...
Zostawiamy Bojkę w domu.
I na moję prośbę jedziemy jeszcze do Edeki.
Jutro Zielona Skarpetka jedzie na kilka dni do siostry.
A ja chcę mieć wszystko w domu i mieć ten luksus, że nigdzie nie muszę chodzić.
I zupełnie spontanicznie wybieram delicje na kolację. :)
Oliwki, papryczki, salami, sery. Do tego bagietki.
Jakoś nie jest mi na żadne wino.
Ochota przychodzi w czasie jedzenia.
Ale nie wiem gdzie jest korkociąg....
TIA...
Po kolacji pijemy po odrobinie Amaro Montenegro. Jak sake z takich malutkich miseczek na oodstawki.
Nie dorobiłam się jeszcze odpowiednich kieliszków.
Ale picie z miseczek też ma swój klimacik.
Zielona Skarpetka wraca do siebie.
A ja wędruję do łóżka.
Wykończył mnie ten dzień.
Stresująca jest fizjoterapia Boi. Stesujące jest wożenie jej i sama wizyta. Kotka się spina i stresuje to i ja automatycznie cała jestem spięta.
Zasypiam niemalże natychmiast.
Jeszcze przed dwudziestą drugą.
Komentarze
Prześlij komentarz