Sobota, 20 grudnia.

 Nie poszłam do pracy.

Czułam się już dobrze, jeżeli chodzi o to co tam się we mnie kluło, ale miałam potrzebę złapania oddechu i ogarnięcia siebie i domu przed Świętami.

I znowu się to stało.

Gdy się zatrzymuję, wpadam w jakiś taki niefajny, depresyjny stan...

Czas, gdzieś płynie obok. Ja nic nie robię...

Jakieś głupoty oglądam i przysypiam.

Pół dnia przespałam.

W nocy budził mnie ból w dolnej części pleców.

A wydawało się, że już jest dobrze.

I miałam koszmarny sen. 

Ja, Zielona Skarpetka, Wawel.

Wiem, że mamy nowe koty, ale to nie jest ani Boja, ani Poziomka, ale mamy jakieś koty.

Wawela nie chcę zwiedzać po raz kolejny.

W głowie mam świadomość, że ODDAŁYŚMY Felunia i Gioię. 
I wyrywa się z mojej piersi takie wycie, że musimy po nie jechać i je odebrać.

Takie wycie, że aż się budzę.

Z okropnym bólem w dole pleców i poczuciem, że wszystko jest bez sensu, , że ja już nie chcę walczyć.

I tak zaczynam niedzielę. 

Tyle rzeczy muszę zrobić. A ja najchętniej nie wychodziłabym z łóżka...

I ten łamiący ból w dole pleców.



Komentarze

Popularne posty