Wtorek, dwudziestego trzeciego grudnia.
Wyszłam w ciemną zimność.
Wcześniejszy pociąg był na tyle spóżźniony, że dojeżdżał do peronu, gdy ja akurat na niego wchodziłam.
No i SUPER!
Raz nie muszę czekać.
W torbie miałam butelkę przedniej oliwy, Ptasie Mleczko i litrową butelkę z płynem do mopujących odkurzaczy.
Jeżeli chodzi o prezenty świąteczne...
Układy i układziki są różne.
Robię to od zawsze. Więc ciężko po latach nagle przestać.
Czasami występuję jako pracownik, czasami jako przedsiębirca.
W moim przypadku zawsze jest to podziękowanie za to, że ktoś dał mi pracę.
Daję według mojej sympatii i według zasług drugiej strony.
To są zupełnie inne relacje, niż gdy jest się mniej, czy bardziej szeregowym pracownikiem dużej firmy.
Uważam, że prezent w postaci czekoladek, jest prezentem symbolicznym, który buduje dobre relacje.
Z grubszym prezentem poszłam do Konstacji. Tu tradycyjnie i na Święta Bożego Narodzenia i na urodziny wymieniamy się z Konstancją prezentami. Ja dostaję 300 euro na obie okazje i często jakiś alkohol, w tym roku ogromna bombonierka Merci. Ja przychodzę z butelką bardzo dobrej oliwy.
Mój prezent w porówaniu z prezentem Konstancji jest symboliczny.
Oliwę dostała też Nina. Jestem jej wdzięczna za to, że po tym jak napisałam jej, że jak odwołuje mi w czasie ferii sprzątania, to mi potem brakuje, przestała odwoływać. Ferii dzieci mają tutaj w ciągu roku chyba ze trzy miesiące. Także wcześniej traciłam DUŻO. Ona też ma dwa koty. Gdy nie pojawiałam się w pracy w czasie chorób i umierania moich ukochanych kotów, pisałam jej jak jest.
To ona mnie uściskała serdecznie, po śmierci każdego z nich i dała po pamiątkowym kotku aniołku.
Trzecią butelkę dostała Christina.
Jako jedyna daje mi sute napiwki. I jako jedyna zaoferowała swój samochód i siebie, żeby mi pomóc, żebym nabrała wprawy. Lubię ją jako człwieka.
Dla Rebeki miałam czekoladki.
Przed Świętami wydarzył mi się wypadek. Stłukłam złotą bombkę. Zywkłą taką.
Jednej zwykłej bombki nigdzue nie mogłam znaleźć. Zielona Skarpetka zawiozła mnie do Dehna.
I tam mają przecudne bombki, sprzedawane na sztuki. Wybrałam jedną i naprawiłam szkodę.
Gdy przyszłam z bombką, choinka już stała. Biedna jakaś taka. Łysa. Mało bombek na niej było.
Złote i purpurowe. I poczułam potrzebę podarowania jej jeszcze jednej bombki. :D
Choć obiektywnie biorąc, tania ona nie była, to te ... niespełna sześć euro, majątkiem nie jest.
Znowu jest to preznt symboliczny. Nawet jeżeli dołożę do niego czekoladki za ... dwa pięćdziesiąt, czy jakoś tak.
Karlotta nie dostała nic. Bo nie chciałam zaczynać i bo no jakoś wibracje się nie zgadzają.
Pewnie to będzie pierwsza praca, z której zrezygnuję.
Tyle o prezentach.
Od wszystkich coś dostałam. Od jednych więcej, od innych mniej.
Mirko nie wiem... wątpię, czy tam coś będzie na mnie czekało. Odwołałam ostatnie sprzątanie przed Świetami. U Nory też nie byłam. Ale myślę, że Nora coś dla mnie przygotowała.
Ja dorwałam dla niej foremkę do ciasteczek w formie aniołka. Przed Świętami mówiła, że szuka takiej foremki. Dołożę do tego coś słodkiego, albo owoce.
Najfajniesze są takie małe prezenciki, gdy daje się komuś coś, co materialnie ma niewielką wartość, ale jest to coś, czego ta osoba szukała i nie mogła nigdzie znaleźć.
Do autobusu miałam jakieś czterdzieści minut. Już nie zaryzykuję i nie wyjdę na pociąg, gdzie nie mam marginesu czasowego minimum dwadzieścia minut.
Wchodzę do Rossmanna.
Wyszło tak, że w końcu nie mam żadnego stroika... Nie mam choinki...
Mam tylko kolorowe światełka. Mam światełka w gwiazdeczkach. Mam kartkę z choinkami. Mam aniołka... I bombkę zawieszoną na skrzydłe dużego anioła. Poza zasięgiem moich kotów.
W Rossmannie resztki, już przecenionych, świątecznych ozdób. Przecenionych o czterdzieści procent.
I jest paczuszka z czterema małymi choineczkami. Ostatnia
- O! Postawię dookoła chatki z Mikołajem.
MAM!
Potem wybieram cztery przecenione wstążki.
I dwie kartki świąteczne. Z myślą o Zielonej Skarpetce. Nie mogłam się zdecydować. :)
I na autobus.
Pisze do mnie Zielona Skarpetka, z połową twarzy po fenolu, zabrała się za rozkręcanie kociego drzewka... I ona by mi je przwiozła i ja mogę je naprawić i będzie dla kotków.
Dziś zaczyna się mój utęskniony, tak długo wyczekiwany, KRÓTKI urlop.
JEŻĘ SIĘ.
Ostatecznie ustalamy, że ona przewiezie rozmontowane drzewko i zostawi je w mojej piwnicy.
Naprawię ubytki sizalu i poskładamy je później.
Planowałam, że po pracy u Christiny, pojadę od razu do biura. Ale rezygnuję, z powodu kiepskiego samopoczucia. Pyta, czy chcę żeby po mnie przyjechała. Nie odpowiadam na to pytanie.
Wymiana prezentów u Christiny.
Dostaję kaledarz księżycowy. Zalecający, jakie aktywności danego dnia są dobre, a od jakich lepiej się powstrzymać, ziołową herbatkę, coś słodkiego.
Źle się czuję.
Niby jod poradził sobie z przeziębieniem/grypą, czy co tam się kluło. Od tej strony czuję się całkiem nieźle. Aczkolwiek jakiś katarek jeszcze się tłucze bardziej w nosie go czuję niż w zatokach.
Ale bóle stawów mam straszne. I czuję jakbym w mięśniach miała stan zapalny.
Ogólnie czuję się naprawdę źle.
A gdy wracam do domu jest mi TAK PRZERAŹLIWIE zimno.
Gdy tylko wyszłam z pracy dopada mnie wiadomość od Zielonej Skarpetki, czy chcę, żeby przyjechała po mnie do miasta.
Chcę, ale chcę jeszcze do ruskiego po te genialne Clementynki.
- Dobrze, to pojedziemy.
I jedziemy.
Jest mi przeraźliwie zimno.
Kupuję też ruską ćwikłę, taką różowiuteńką, gdzie buraczki są symbolicznym dodatkiem i ruski chrzan.
Zielona Skarpetka woli kupić niemiecki, markowy chrzan, ten który zna, lubi i zawsze go wybiera.
A ja mówię:
- A ja spróbuję ruski. A może będzie dobry? Milionów takie małe słoiczki nie kosztują.
Zielone kupuję i pietruszkę i koperek i kolendrę.
I Śmietankowe Ptasie Mleczko.
I jeszcze Penny, sałata, wędzony łosoś, chleb.
I do domu.
Otwieram drzwi do kuchni.
I PATRZĘ, ale NIE WIDZĘ!
Widzę, że jakoś tak przestzrenniej, jakby więcej miejsca. I naczynia ze zlewu zniknęły.
Czyściutko.
Dziękuję Zielonej Skarpetce, że posprzątała tak ładnie.
Wchodzi do kuchni i pyta:
- A nie widzisz, że szafkę powiesiłam?!
I wtedy widzę i rozumiem, skąd to poczucie przestrzeni.
Szafka była częściowo schowana pod stołem, ale jednak spod niego wystawła.
- WOW!
To mi Zielona Skarpetka prezent zrobiła!
SAMA!!!
ILE ONA MA SIŁY! Choć taka drobniutka jest.
No to w końcu dotarłam do mojego URLOPU, a właściwie URLOPIKU.
ALE JEST!!! :D
Tego dnia doszła paczka od zooplus.de. A właściwie to, dwie paczki.
Dwie puszki, te za punkty, doszły mocno uszkodzone. A dwie wędki...??
No BRAK. A w paczce taka mała dziura. Idealna, żeby wędki przez nią wyszły.
Złożyłam rekalmację.
Nowa paczuszka już jest w drodze.
I przyszła paczka z pomarańczami bio.
Całe dziesięć kilogramów.
Otwieram pakę. A tam pomarańcze małe, średnie i duże. :D
Jedna ogromna!
Sadownicy piszą, że ich sady nie są fabrykami i owoce będą różnej wielkości. Bio. Niczym, nigdy niepryskane.
I wtedy uświadamiam sobie, do jakiej patologii doprowadziła UE. Wszystko ma być proste i tej samej wielkości.
Wybieram największą pomarańczę i wręczam ją Zielonej Skarpetce.
Powiedziała, że tę zjemy razem i poprosiła o drugą mniejszą, bo chce spróbować.
Reszta to mandarynki i limonki.
W poniedziałek zanim zdążyłam wyjść do pracy, kurier amazon.de dostarczył paczkę z kolagem do picia. Była promocja. Zamówiłam cztery opakowania. W sumie myśląc o jakimś podziale, pomiędzy mnie i Zieloną Skarpetkę, ale ostatecznie, stwierdziłam, że ja kolagen mam i zaoferowałam jej wszystkie cztery opakowania. Niech jej twarz dobrze i szybko się regeneruje.
Rozliczymy ten zakup.
Magda zdrowych spokojnych Świąt, przede wszystkim dużo odpoczynku dla Ciebie :)
OdpowiedzUsuńBardzo dziękuję. Zdrowych, Spokojnych, Radosnych i Słonecznych. :)
UsuńRozumiem Twój punkt widzenia, przedstawiam swój: szeregowego pracownika, przedsiębiorcy i pracodawcy - dla mnie relacje buduje się dobrze wykonaną pracą, nie czekoladkami czy bombkami. Ja nie mam ochoty dostawać takich prezentów i nie mam potrzeby ich dawać - to trochę a propos tego, że czasem się frustrujesz, że dostajesz nieadekwatne według Ciebie prezenty.
OdpowiedzUsuń