Sobota, siedemnastego stycznia.
Na pulpit wróciło zdjęcie Gioi z Felusiem. Samo wróciło...
Ciągle nie wierzę, że ich nie ma.
Miały żyć minimum dwadzieścia lat.
Gioia nie dożyła dwunastych urodzin. Feluś żył ledwie kilka miesięcy dłużej.
Dziś byłam u dziadunia.
Potem musiałam jechać do Nory.
Nogi bardzo mnie bolą i okropnie wyglądają.
Pociąg do domu spóźnił się dwadzieścia pięć minut.
Zmarzłam. Bo po tzrech ciepłych dniach, ponownie zrobiło się zimno.
Z domu wyszłam dziś parę minut po dzięsiątej. Wróciłam do domu... około dziewiętnastej dziesięć.
Dziewięć godzin. Prosto, dom, praca, praca, dom. W pracy siedem godzin. Reszta w drodze. Do Nory zaledwie kilka kilometrów.
Do dziadunia, pewnie jakieś siedem minut z buta, na dworzec kolejowy siedem minut z buta, z dworca kolejowego do Nory, w jedną stronę piętnaście minut...
******
Podaję leki w wątróbce. Karmię. Robię kotlety.
Żeby nie były suche do masy dodaję terochę masła i oliwę.
Czuję różnicę w konsystencji mięsa w porównaniu z tym, jakie kupuję w niemieckim sklepie.
Ale i mieso inne. W Penny kupuję wieprzowe.
W plastikowym pudełku, bez podpaski, ale z jakimś papierem w środku.
W tureckim sklepie, mięso kupuję na wagę. Leży przygotowane w lodówce.
Obok mózgi i baranie głowy.
Kotlety wychodzą PYSZNE.
******
Czuję, że idą zmiany...
Duże zmiany.
Że ta moja wyprowadzka to dopiero początek.
Nie podjęłam jeszcze ostatecznej decyzji, ale do Karlotty już razcej nie pojadę.
Komentarze
Prześlij komentarz