Poczułam, że zostałam sama. I poczułam, że jestem słaba.

W sumie kupiłam sześć regałów. 

Dwa mniejsze kupiłam w Penny.

Cztery duże, zapakowane po dwa, zamówiłam w sieci.

Wczoraj Chciałam zbudować całkiem długi blat w kuchni i zaczęłam stawiać drugi, duży regał.

Gdy połowa już stała i chciałam zacząć składać drugą część zorientowałam się, że brakuje mi jednego ważnego elementu, bez którego, ani półki nie zamocuję, ani regał nie będzie stabilny.

Napisałam do sklepu, że jeden karton był rozerwany, że pewnie w transporcie, gdzieś ta część zaginęła i poprosiłam o dosłanie tego jednego elementu.

Dostałam odpowiedź, że wysyłają mi nową przesyłkę i że tego, co dostałam, nie muszę zwracać.

Czyli, że co? Dostanę DWA nowe regały do poskładania?!

Boże jak ja to sama udźwignę?!

Jak nie dam rady w całości, to po prostu rozpakuję i na raty zniosę do piwnicy.

Żadnych przepychanek, żadnego kwestionowania tego co zgłosiłam. Po prostu dostanę nowy towar.

Można? 

Można!

******

Wczoraj wieczorem przygotowałam malutką paczuszkę do wysłania.

Kartoników do wyboru, do koloru. Spakowałam sprawnie i zabrałam się za drukowanie etykiety.

Co ja się namęczyłam, zanim się zorientowałam, że po tym, jak pogrzebałam w biosie i przywróciłam ustawienia fabryczne, laptop nie widzi drukarki.

Jak się w końcu zorientowałam, to poszło już całkiem gładko.

******

Dziś wstałam po piątej, ale obudziłam się po czwartej...

Do Konstancji planowałam jechać pociągiem przed ósmą.

Ale jak się dobudziłam, stwierdziłam, że pojadę chwilę po dziewiątej, bo o dziewiątej otwierają sklep, w którym jest punkt DPD i w drodze na dworzec, mogę tam paczkę zostawić.

Logistycznie było to najlepsze rozwiązanie.

Jest zimno i słonecznie.

Pociąg spóźnił się pięć minut.

Czekając na autobus, napisałam do Karlotty.

Ona po tym, jak tydzień temu zgłosiłam, że jestem chora i nie przyjadę, nie napisała nic.

Stanem mojego zdrowia zainteresowała się wczoraj, w okolicy południa.

Pisała, "Kochana Magdo, mam nadzieję, że czujesz się lepiej i że jutro się zobaczymy."

Wczoraj udałam, że wiadomości nie widzę, bo jej nie otworzyłam, ale zdążyłam przeczytać, gdy wyświetliła się na mojej komórce.

Ciężko mi pozbywać się pracy, kiedy jestem jedynym żywicielem rodziny, czyli mnie i kotków.

Dlatego tak długo męczyłam się z Mariną. 

Sprzątałam dobrze, nawet bardzo dobrze. A ona podziękowała mi wywalając mnie z pracy z dnia na dzień, twierdząc, że zniszczyłam jej podłogę i żądając ode mnie numeru mojego ubezpieczenia.

Numeru nie dostała. Nawet gdybym go miała, to by go nie dostała.

I co?

I NIC. 

W połowie września twierdziła, że ona prosiła żebym na sucho myła podłogi!

I że jestem nadroższą sprzątaczką i że ona myślała, że będę na sucho myła.

Do tej pory nie wierzę w to, że ona sobie pozwoliła na podjęcie próby wyłudzenia pieniędzy... 

Kto wie, co za jakiś czas odwaliłaby Karlotta...

Także, w przerwie w podróży, napisałam do niej, że 

"Niestey nie przyjadę, mam poważne problemy ze zdrowiem i nie mogę jej dalej pomagać."

Właściwie to nawet nie jest kłamstwo.

Powinnam oszczędzać nogi.

Bo jest z nimi źle.

******

Zanim wyszłam do pracy, wysłałam życzenia urodzinowe dla Inge.

Krótko, serdecznie i na temat.

Myślałam, że Inge zaprosi mnie na kolację urodzinową. Robiła tak co roku...

Ale w tym roku wszystko się zmieniło...

Nie wiem, jak sytuację przedstawiła jej Zielona Skarpetka.

Nie to, żebym chciała być na tej kolacji... W ubiegłym roku odmówiłam. Inge po angielsku nie mówi. Ja nie mówię po niemiecku. Zielona Skarpetka zawsze się o to wściekała... I uznałam, że najlepiej będzie nie uczestniczyć w kolacji. I nikogo nie denerwować.

No mniejsza z tym, ale jakoś przykro mi się zrobiło.

Potem Lotte, gdy życzyłam jej pięknego dnia, gdy wychodziłam, zwróciła się do mnie per Pani, co też sprawiło mi przykrość... Niepotrzebnie, bo w końcu dla niej jestem panią... Ale poczułam się staro.

Gdy po trzynastej wyszłam z pracy, nadal świeciło słońce. Było znacznie cieplej niż o dziewiątej rano.

Ale w głowie było mi, może nawet nie w głowie, w sercu, było mi tak, że chciałam jak najszybciej znaleźć się w domu.

Weszłam tylko na chwilę do Edeki po wątróbkę dla kotków. Znowu nie mieli kurzej... Była tylko cielęca. Nie to, że gorsza, wręcz przeciwnie, ale jest dużo droższa. Za dwieście gram zapłaciłam prawie cztery euro. Cztery duże pomarańcze Lane Late i dwie tłuste śmietany. Dziesiątka kompletnie się nie sprawdza. Jak mam pić kawę z dziesiątką, to wolę już w ogóle kawy nie tykać. Odtłuszczone mleko jakie kupiłam jest całkiem ok. Dobrze się spienia i dobrze smakuje.

Jeszcze pozwoliłam sobie na kostkę tortu Szwarcwaldzkiego.

Potem wpadłam do drogerii po segregator. Przy okazji kupiłam zabawkę z piórkami i smaczki dla koteniek.

Muszę Bojce leki jakoś przemycać. :) 

Nie mam z nią lekko.

******

Pociąg czekał na peronie. Wsiadłam. Usiadłam. Bo do odjazdu było jeszcze kilka minut.

Gdy pociąg od razu odjeżdża, to zazwyczaj stoję, bo przejazd trwa jakieś cztery minuty.

Jeszcze w NKD kupiłam duże plastkowe podkładki. Postawię na nich czajnik, automat do kawy i kubek do spieniania mleka.

Wróciłam do domu.

Dałam jeść dziewczynom. Wyciągnęłam moje ciastko z opakowania, położyłam je na talerzyku. Zrobiłam herbatkę. Zjadłam. Wypiłam.

I zaczęłam płakać.

Zaczęłam wylewać z siebie złe emocje.

Mieszkam sama od września. Ale nie czułam tego "SAMA", bo Zielona Skarpetka, jak satelitka krążyła wokół mnie. Pomagała. BYŁA.

I była kochana, do momentu, kiedy coś jej odwaliło i przestała być chodzącym ideałem.

Pokazała się taką, od której uciekłam.

Wszystkie rany we mnie się otworzyły.

Poczułam całą sobą, że to nie wyjdzie!

To nie wyszło za pierwszym razem. Nie wyszło, gdy wróciłam do niej po kilkumiesięcznej przerwie.

W czasie tej przerwy znowu była chodzącym ideałem.

Gdybyśmy po raz trzeci zamieszkały razem, powtórzyłybyśmy znany nam obu schemat.

A ja tego nie chcę.

Chcę być u siebie. Na swoich warunkach.

Ale to wszystko nie znaczy, że ta CISZA, to ODCIĘCIE nie boli.

BOLI i to bardzo.

Bolą wszystkie stracone lata. Boli każdy moment, kiedy pokazała jaka mała potrafi być.


Komentarze

Popularne posty